Zjadłam dzisiaj 587 kcal. Szczerze przyznam, że przeraża mnie ta liczba. Ustalając bilans pomyślałam, że lepiej zjeść dzisiaj trochę więcej, żeby nie zwolnić za bardzo metabolizmu. Teraz mam cholerne wyrzuty sumienia, że zjadłam te trzy ciastka owsiane. Każde miało po 56 kcal.
Tutaj możecie zakończyć czytanie tego posta. Dodam jeszcze parę zdjęć. Tą część, która będzie/jest pod nimi możecie sobie odpuścić.





Tez dzień zaczął się w miarę dobrze. Jednak biorąc pod uwagę jego koniec, mogę stwierdzić, że zaczął się zajebiście. Rano było zimno i okropnie padało, a ja musiałam wstać, o 7:11 wsiąść do busa i jechać do szkoły. Odrabialiśmy za 2.11. Myślę sobie: A co mi tam. Tylko trzy lekcje, więc w sumie mogę iść. Jednak moja klasa nie miała lekcji, bo było nas tylko sześć. Poszłyśmy na salę gimnastyczną oglądać Mini Playback Show, w którym brały udział młodsze klasy. Śmiechu było co niemiara. Bla, bla, bla, bla, bla, bla. Tak o 15 poszłam do mojej przyjaciółki S. Robiłyśmy sobie głupie zdjęcia (nie muszę dodawać, że wyglądam na nich jak baleron?), rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym, bawiłyśmy się z jej kotkiem. W ogóle uwielbiam S. Często odwalamy wspólnie takie akcje, że klękajcie narody. Dowiedziałam się, że podobam się takiemu facetowi, który od kilku dobrych miesięcy niezmiernie mnie fascynuje :) :D. Jednak koniec tego dobrego. Moja siostra była na randce i wróciła po 23, bo spóźniła się na autobus. Normalne, nie? Oczywiście któryś członek mojej rodziny musiał dać jej i przy okazji mnie wspaniały, pouczający wykład na temat życia. Tym razem padło na babcię. W sumie dobrze, bo w ruch poszły tylko słowa. Gdyby padło na mojego ojca to pewnie zostałoby mi i/lub mojej siostrze kilka siniaków. Teraz się nad sobą poużalam jak jakieś kinder--coś. Och, jaka ja jestem nadwrażliwa i skrzywdzona przez los. O gosh, idę się rzucić z krawężnika, bo parę nieprzyjemnych słów za głęboko do mnie trafiło. A oto one:
- wykończę i wpędzę całą rodzinę do grobu
(Super.. nie wiedziałam, że w wieku osiemnastu lat można mieć takie oddziaływanie na ludzi. Chyba założę nową sektę)
- nie myślę o życiu i tylko pierdoły mi w głowie
(Ta, ciekawe kto uczy się do 3 rano, a później pada ze zmęczenia? Ale ten ktoś na pewno robi to z nudów. No tak, ateizm, wegetarianizm i chęć życia po swojemu to pierdoły. Bądźmy wszyscy tacy sami. Wtedy będzie zajebiście)
- prawa jazdy to ja na pewno nie zdam i tylko szkoda tych zmarnowanych pieniędzy
( Teraz to ja już na pewno nie zdam. I też żałuję, że prawie cała kasa z mojej osiemnastki poszła na prawko)
- reszta mojej rodziny jest super, tylko ja mam chyba jakieś wadliwe geny
(Teraz niektórzy to ideały, a tydzień temu jeszcze tacy nie byli. Super, taka zmiana w siedem dni?)
- mam powalonych przyjaciół i w ogóle to powinnam się zadawać z tymi ideałami pojebami z mojej cudownej wsi.
(Przed rodzinką każdy może udawać aniołka. Tylko,że to JA miała z tymi aniołkami do czynienia przez całe gimnazjum. Naprawdę mam zacząć ćpać i puszczać się na prawo i lewo?)
- jestem nic nie wartą, pyskatą dziewuchą.
( Czyli już nie jestem śliczną, ambitną, broniącą swoich racji dziewczyną?)
- nie dostanę już złamanego grosz, skoro nie potrafię docenić tego, jakich wspaniałych rodziców mam
- itp. itd. W niektórych przypadkach nie mam pojęcia, co autor miał na myśli...
Wiem. Przeżywam to wszystko, jak mrówka okres. Ale ja tylko chciałam bronić siostry. Mam łzy w oczach, ale się nie rozpłaczę, bo ja już chyba płakać nie potrafię. Lata praktyki. Z nerwów narysowałam sobie śliczne ślaczki na przedramieniu. Mam ochotę jej poprawić cyrklem. W sumie tylko wspomnienie ostatniego razu, gdy ozdobiłam sobie tak udo mnie powstrzymuje. Nie ćwiczyłam 3 w-fy z rzędu, bo bałam się, że ktoś zauważy, że mam super rozharatane udo. Mam tylko nadzieję, że blizna w końcu zniknie...
Wiem, że rodzina mnie kocha i się o mnie martwi, ale jeżeli to ma być okazywane w taki sposób, to nie chcę być kochana. Za kila godzin na pewno pożałuję dzisiejszego postu, bo znowu się okaże, że reszta jest normalna tylko ja niepotrzebnie rozpamientuję przeszłość. No tak, wczorajszy dzień. Kiedy to było???
Tylko przez takie sytuacje, ja coraz rzadziej czuję, że mam oparcie w domownikach. Jest super. Znowu jestem wspaniała. Tylko, że coraz częściej słyszę cichy głosik: "Zaraz i tak spieprzysz wszystko. Starasz się za mało. Daj sobie wejść na głowę, a wszystko będzie OK Nie możesz być sobą, bo twojego prawdziwego Ja nikt nie chce." A tak mam kilku wspaniałych przyjaciół, którzy akceptują mnie taką jaką jestem. Tylko nie powinno być tak, że to rodzina powinna mnie tak traktować? Przecież cię tak traktują, tylko rób, mów i myśl to czego sobie życzą, a wszystko będzie dobrze...
Jeżeli ktoś przeczytał to do końca to najmocniej przepraszam za przynudzanie.