piątek, 23 listopada 2012

Good, better, the worst..

The day before yesterday: 450kcal
Yesterday: 500kcal
Today: The worthless bitch...

Cóż mogę powiedzieć a właściwie napisać?? Nie potrafię znaleźć słów, które oddadzą to co czuję. Od euforii do depresji. Od głodówek do obżarstwa. Od uwielbienia do nienawiści. Od uśmiechu do łez. Od muskania skóry do wbijania w nią paznokci. Jak to możliwe, że wszystko, co odczuwam jest w stanie zmieścić się we mnie. Czyżby znajdowało się w tym okropnym tłuszczu, którego nigdy się nie pozbędę? Jak to możliwe, że podczas rozmowy, w której podobno wykazuję się nadzwyczajną dawką sarkazmu, w głębi serca mam ochotę wybuchnąć głośnym płaczem i krzyczeć ile sił w płucach, aby wszyscy(no z pewnymi wyjątkami) się zamknęli i poszli do diabła. Mam dosyć tych fałszywych uśmieszków, zachowania typu: "look at me, look at me. oh she/he just looked at me! i must be so fucking gorgeus", włażenia do du** a potem kopania nią.. Czasami przez moją głowę przewija się bilion myśli na sekundę. Częściej jednak nie potrafię zmusić mojego mózgu do pracy i wkładam ogromny wysiłek w głupie kiwnięci palcem. Czuję się skrzywdzona tylko na myśl, że ktoś mógł się poczuć dotknięty czyimś lekkomyślnym zachowaniem. Wystarczy, że ktoś przejdzie obok jakiejś osoby podczas, gdy ona zaczyna lekko chichotać. Wydaje mi się wtedy, że człowiek przechodzący myśli, że to on został wyśmiany. I co? Ja później nieustannie wyobrażam sobie jak beznadziejnie on/ona musi się czuć i jakie katusze przeżywa. Odczuwam fizyczny ból, gdy ktoś mówi głośno. Nawet nie musi krzyczeć tylko wystarczy ten dający się wyczuć entuzjazm, a co za tym idzie podniesiony o kilka tonów głos a wtedy ja chcę uciec i biec, gdzie mnie obleśne nogi poniosą. Albo po prostu walić głową w ścianę ile wlezie. Chociaż raczej nie chodzi tu o hałas, bo muzyki na słuchawkach włączonej na fulla słucham praktycznie non-stop. Ostatnio nieustająca faza na Depeche Mode : D. Btw. może to jest dziwne, ale usłyszawszy po raz pierwszy pewien ich utwór dłonie zaczęły mi latać jak ćpunowi i prawie zleciałam z krzesła na podłogę. Przed upadkiem uratowała mnie ta podpórka po bokach. Kuźwa, ja jestem chyba zdrowo popieprzona. Już widzę jak po przeczytaniu tego wy padacie na podłogę, ale ze śmiechu. Zaraz 1/3 mojego posta wykasuję ze wstydu... No dobra nie zrobię tego, bo chociaż na tym blogu chcę się czuć sobą bez względu na konsekwencje czy zaawansowanie moich odchyłów. No i krytykę innych ludzi. Ogólnie mam wywalone na to, co sobie pomyślą o mnie inni, ale równocześnie chcę, żeby myśleli o mnie jak najlepiej. Często się zastanawiam, czy to co robię zadowala i odpowiada innym przy jednoczesnym: fuck the society. No i znowu wracam do stanu, w którym sądzę, że nie mogę być po prostu szczęśliwa. Mam wrażenie, że na to nie zasługuję. Zdaję sobie sprawę, że potrafię być okropna i w nerwach powiedzieć wstrętne rzeczy. Nie czuję się wtedy sobą, ale jak mogę nie być sobą, jeżeli to z moich ust potrafią wyjść takie raniące słowa. Właśnie przez takie momenty czuję, że należy mi się tylko na to, co złe. Całkiem to logiczne, bo dobro powinno spotykać tylko dobrych, wyjątkowych ludzi. A ja potrafię myśleć o sobie tylko jako o kimś gorszym, mszczącym się, próżnym, bezuczuciowym. I boję się myśleć inaczej...





Dziękuję Wam kochane za ogromne wsparcie :*
Nawet nie wiecie jakie to dla mnie wspaniałe uczucie, 
gdy wiem, że ktoś czyta te moje wypociny.
No i zdumiewa i zadziwia mnie to, 
że osoby, które wiedzą o mnie tylko tyle 
ile przeczytają na blogu
są dla mnie bardziej wyrozumiałe i empatyczne, 
od ludzi, których znam w realu.
Jeszcze raz wielkie dzięki.
Mam ochotę Was poprzytulać.

Jednak jedyne co mogę zrobić
to zadedykować Wam ten cytat:

"Angels with silver wings
Shouldn’t know suffering" 

poniedziałek, 19 listopada 2012

The Fat And The Hopeless

Nie daję rady.
Było 41,2. 
Jest 43,7.
Dwa tygodnie, a taka różnica...

Dzisiaj oblałam egzamin na prawko.
Kolejny raz.
Czwarty.
A ja tak uwielbiam jeździć.

Pisałam olimpiadę z angielskiego.
Czy ja kiedykolwiek myślałam,
 że ten język to jedyna rzecz,
 w której nie jestem do końca beznadziejna?
No to się przeliczyłam.

Moi rodzice na siebie nie warczą.
Świetnie, cudownie.
Chyba, że jak jestem w szkole.
Podobno nadzieja matką  głupich.
A kto twierdzi, że jestem mądra??

Nie mogę przestać o KIMŚ myśleć.
Nieznajomy.
A wydawał się taki bliski.
Nie wiem czemu.
Już miał się stać znajomym.
Może nawet kimś więcej??
Ach, ta nadzieja.. 
Byłe dziewczyny to jednak najgorsza zaraza.
A podobno mu zależało...
I nie mógł przestać o mnie pytać.
Teraz to już pewnie nie pamięta, że istnieję.
    
Czy ja istnieję?
Żyję?
Egzystuję?
Jestem?

Już nawet ból mi obojętny.
Sprawdziłam to na mojej dłoni.
Ściana w kuchni jest naprawdę twarda.
Ale moja dłoń również.
     Kilka minut walenia to...
Sporo?
A może mało?

Jedna, nieistotna, nieuchwytna chwila.
Zostanie zapomniana.
Porwie ją wiatr.
Wyblaknie w promieniach słońca.
Wsiąknie w ziemię razem z deszczem.
A później wyparuje.

Powróci.
Kiedyś.
Jutro.
Za tydzień.
Za 827 dni.
Kiedyś.
Ale powróci.

Nadzieja umiera ostatnia.
Ona i praktycznie nieistniejąca wiara we własne możliwości mi pozostała 
Każdy w coś wierzy.
Nawet ateiści.
Szczególnie taki jeden.
O wyglądzie toczącej się góry tłuszczu.

O czym miał być ten post??
Minus 10 kg dla tego kto to coś napisane powyżej ogarnie.

 

 

sobota, 3 listopada 2012

I don't like food, but food likes me...

Wczoraj 333 kcal
Dzisiaj milion razy tyle

Jest mi okropnie źle. Zarówno na żołądku jak i wewnętrznie.. 
Co z tego, że spodnie w rozmiarze xxs są luźne? 
Co z tego, że czasami ktoś powie, że jestem chuda?
Co z tego, że jednego dnia jem trochę ponad 300 kcal skoro następnego wpier** jak opętana?

Co z tego, że rodzina przyjechała i musiałam siedzieć z nimi przy stole?
Co z tego, że leżało na nim milion słodkości?
Co z tego, że do mnie odezwali się może z trzy razy i przez to czułam się okropnie znudzona?

NIKT MNIE NIE PRZYWIĄZAŁ DO KRZESŁA I NIE WPYCHAŁ ŻARCIA DO UST!!!!!

I do tego serce wali mi jak oszalałe już ponad godzinę....
Jutro się zważę.
Przynajmniej dostanę nauczkę i zobaczycie jaka ze mnie tłusta świnia!!!!



czwartek, 1 listopada 2012

Źle...ale nie do końca?

Wszystkich Świętych=Rodzinna Impreza=Dieta Poszła Się Piep*** Kochać

Ale...
Spaliłam...
1000 kcal

Więc może nie jest tak źle? STOP! Na pewno jest źle, ale może nie tak do końca? No i nie wymiotowałam. Już miałam takie myśli, ale stwierdziłam, że zaczyna robić się z tego trochę większy problem. Dzisiaj podczas mycia zębów miałam nieprzyjemne odruchy...

Gdzieś czytałam, że ateiści powinni dziękować katolikom za ich święta, bo przez to wszyscy mają wolne. Nie chcę tu obrażać wierzących. Jednak w takie dni jest masę jedzenia i ja oczywiście zawalam. To wszystko brzmi bardzo płytko, bo dla innych święta(nie tylko dzisiejsze) są czasem zadumy, odpoczynku, radości, refleksji nad życiem i samym sobą. Jednak ja się ich... boję, bo wiem co się wydarzy przy stole. Oczywiście fajnie jest wypocząć i pobyć z rodziną, która jest daleka od ideału, ale jest i mimo, że czasem zdarza mi się przez niektórych płakać to nie jest tak źle. Co więcej można powiedzieć, że jest super. Dzisiaj np. babcia (ta z wcześniejszego postu) powiedziała, że jestem kochana. Da się być miłym, prawda?

Ale żeby nie było tak idealnie to dowiedziałam się, że babcia ma skłonności do zmyślania(?). Od rana, właściwie od wczoraj, byłam wściekła na mojego ojca, który podobna nagadał mojej siostrze cholernie przykrych słów. Gdy wróciła z randki to 'powiedział', że jak tak dalej pójdzie to może się pakować i wyp***. I co?  Oczywiście nic takiego nie padło z jego ust!! Coś tam głupiego jej powiedział, ale nie żeby aż tak. Nawet ona była zdziwiona, gdy jej o tym powiedziałam. WTF?? I bądź tu człowieku normalny...
Jeszcze zanim się dowiedziałam,  że tak historyjka jest w 3/4 zmyślona to z nerwów wytknęłam to tacie podczas obiadu. On oczywiście zdziwiony i wkurzony, że ja takie bzdury opowiadam. Gdy prawda wyszła na jaw to nie wiedziałam czy bardziej jestem zła na siebie czy na babcię...
Dobra, nie zanudzam Was już moimi "dramatami" życiowymi.

Trzymajcie się ciepło i chudnijcie.

 

wtorek, 30 października 2012

Czaran dziura

O wczorajszym dniu nawet nie chcę wspominać. Jedno wielkie obżarstwo i wymioty. Super... Na dodatek robię to już właściwie bezgłośnie. Cóż, praktyka czyni mistrza.
W ogóle jestem chora. Gardło mnie boli, ale dlatego, że musiało mnie zawiać.
Mam też okropne zmiany nastroju. Raz jest świetnie, cudownie a później nie podchodźcie do mnie, bo gryzę. U innych osób takie zachowanie mnie wkurza a sama tak postępuję. Musi mi to minąć jak najszybciej, bo nienawidzę siebie za wybuchy złości. Najgorsze jest to, że zdarzają mi się one TYLKO w domu.
Nie mam nawet pomysłu na notkę. Dodam tylko, że dzisiaj zjadłam 383 kcal.

I jakoś brakuje mi motywacji do odchudzania...

Trzymajcie się i chudnijcie :). Mam nadzieję, że chociaż Wam się uda.

   

niedziela, 28 października 2012

It's always darkest before the dawn

Przede wszystkim dziękuję
 Wam za ogromne wsparcie :*.
 Jesteście naprawdę kochane i
 nie wiem co bym bez Was zrobiła.  

Odnośnie wczorajszego posta to wisielczy humor minął mi tak jakoś o 13. Do tego czasu okropnie trzęsły mi się ręce i niestety z nerwów zwymiotowałam. Niewiele, bo jakąś godzinę po śniadaniu, ale jednak nie potrafiłam się powstrzymać. A już sobie obiecałam, że jednak tego nigdy więcej nie zrobię. Bezsensu. Wcześniej pisałam z moją K.( tą od frytek) i chyba to przelało czarę goryczy. Otóż wczoraj była na osiemnastce i schlała się niemiłosiernie. Do domu odwiozła ją mama. W czasie jazdy zwymiotowała kilka razy na siedzenie. I co? I nic... Jej mama chciała ją do szpitala odwieść, a rano nawet słowem o niedyspozycji mojej przyjaciółki nie wspomniała. Mnie się obrywa za próbę stanięcia w obronie siostry, a K. nawet nie usłyszała, że źle zrobiła. I gdzie tu sprawiedliwość??
Później poszłam na półtora godzinny spacer z moją S.(tą z wczorajszego posta). Opowiedziałam jej o mojej sytuacji. Poradziła mi, żebym następnym razem olała takie sytuacje i się nimi nie przejmowała. I chyba się zastosuję do Jej pomysłów. U niej to zadziałało, więc może u mnie też pomoże? Poczekamy, zobaczymy.    Próbowałam tłumaczyć moje odczucia rodzinie na spokojnie. Nawet kilkanaście razy. Jednak niewiele to pomogło. Tłumaczę, tłumaczę oni słuchają, ale później jakby o tym zapominali i cała akcja zaczyna się od początku. Eh, jak grochem o ścianę... Dzisiaj od babci nawet zwykłego przepraszam nie usłyszałam. No nic. Najważniejsze, że teraz emocje opadły i moje zwyczajne samopoczucie wróciło. No może nie do końca. Martwię się tym facetem, o którym wczoraj wspomniałam. Jego kumpel zadzwonił do S. i powiedział, że na dniach ma się spodziewać telefonu od M.( to ten facet ) z bardzo złą informacją. W ogóle go nie znam, tylko z opowieści S., a się zamartwiam. Mam nadzieję, że jest to całkiem normalne...

Zjadłam 404 kcal.

Jeszcze raz ogromnie Wam dziękuję za wsparcie :*
Trzymajcie się chudziutko :).

    

Wszystko bez sensu...:'(

Zjadłam dzisiaj 587 kcal. Szczerze przyznam, że przeraża mnie ta liczba. Ustalając bilans pomyślałam, że lepiej zjeść dzisiaj trochę więcej, żeby nie zwolnić za bardzo metabolizmu. Teraz mam cholerne wyrzuty sumienia, że zjadłam te trzy ciastka owsiane. Każde miało po 56 kcal.
Tutaj możecie zakończyć czytanie tego posta. Dodam jeszcze parę zdjęć. Tą część, która będzie/jest pod nimi możecie sobie odpuścić.





Tez dzień zaczął się w miarę dobrze. Jednak biorąc pod uwagę jego koniec, mogę stwierdzić, że zaczął się zajebiście. Rano było zimno i okropnie padało, a ja musiałam wstać, o 7:11 wsiąść do busa i jechać do szkoły. Odrabialiśmy za 2.11. Myślę sobie: A co mi tam. Tylko trzy lekcje, więc w sumie mogę iść. Jednak moja klasa nie miała lekcji, bo było nas tylko sześć. Poszłyśmy na salę gimnastyczną oglądać Mini Playback Show, w którym brały udział młodsze klasy. Śmiechu było co niemiara. Bla, bla, bla, bla, bla, bla. Tak o 15 poszłam do mojej przyjaciółki S. Robiłyśmy sobie głupie zdjęcia (nie muszę dodawać, że wyglądam na nich jak baleron?), rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym, bawiłyśmy się z jej kotkiem. W ogóle uwielbiam S. Często odwalamy wspólnie takie akcje, że klękajcie narody. Dowiedziałam się, że podobam się takiemu facetowi, który od kilku dobrych miesięcy niezmiernie mnie fascynuje :) :D. Jednak koniec tego dobrego. Moja siostra była na randce i wróciła po 23, bo spóźniła się na autobus. Normalne, nie? Oczywiście któryś członek mojej rodziny musiał dać jej i przy okazji mnie wspaniały, pouczający wykład na temat życia. Tym razem padło na babcię. W sumie dobrze, bo w ruch poszły tylko słowa. Gdyby padło na mojego ojca to pewnie zostałoby mi i/lub mojej siostrze kilka siniaków. Teraz się nad sobą poużalam jak jakieś kinder--coś. Och, jaka ja jestem nadwrażliwa i skrzywdzona przez los. O gosh, idę się rzucić z krawężnika, bo parę nieprzyjemnych słów za głęboko do mnie trafiło. A oto one:
- wykończę i wpędzę całą rodzinę do grobu
(Super.. nie wiedziałam, że w wieku osiemnastu lat można mieć takie oddziaływanie na ludzi. Chyba założę nową sektę)
- nie myślę o życiu i tylko pierdoły mi w głowie 
(Ta, ciekawe kto uczy się do 3 rano, a później pada ze zmęczenia? Ale ten ktoś na pewno robi to z nudów. No tak, ateizm, wegetarianizm i chęć życia po swojemu to pierdoły. Bądźmy wszyscy tacy sami. Wtedy będzie zajebiście)
- prawa jazdy to ja na pewno nie zdam i tylko szkoda tych zmarnowanych pieniędzy
( Teraz to ja już na pewno nie zdam. I też żałuję, że prawie cała kasa z mojej osiemnastki poszła na prawko) 
- reszta mojej rodziny jest super, tylko ja mam chyba jakieś wadliwe geny
(Teraz niektórzy to ideały, a tydzień temu jeszcze tacy nie byli. Super, taka zmiana w siedem dni?) 
- mam powalonych przyjaciół i w ogóle to powinnam się zadawać z tymi ideałami pojebami z mojej cudownej wsi.
(Przed rodzinką każdy może udawać aniołka. Tylko,że to JA miała z tymi aniołkami do czynienia przez całe gimnazjum. Naprawdę mam zacząć ćpać i puszczać się na prawo i lewo?) 
- jestem nic nie wartą, pyskatą dziewuchą.
( Czyli już nie jestem śliczną, ambitną, broniącą swoich racji dziewczyną?)
- nie dostanę już złamanego grosz, skoro nie potrafię docenić tego, jakich wspaniałych rodziców mam
- itp. itd. W niektórych przypadkach nie mam pojęcia, co autor miał na myśli...

Wiem. Przeżywam to wszystko, jak mrówka okres. Ale ja tylko chciałam bronić siostry. Mam łzy w oczach, ale się nie rozpłaczę, bo ja już chyba płakać nie potrafię. Lata praktyki. Z nerwów narysowałam sobie śliczne ślaczki na przedramieniu. Mam ochotę jej poprawić cyrklem. W sumie tylko wspomnienie ostatniego razu, gdy ozdobiłam sobie tak udo mnie powstrzymuje. Nie ćwiczyłam 3 w-fy z rzędu, bo bałam się, że ktoś zauważy, że mam super rozharatane udo. Mam tylko nadzieję, że blizna w końcu zniknie...
Wiem, że rodzina mnie kocha i się o mnie martwi, ale jeżeli to ma być okazywane w taki sposób, to nie chcę być kochana. Za kila godzin na pewno pożałuję dzisiejszego postu, bo znowu się okaże, że reszta jest normalna tylko ja niepotrzebnie rozpamientuję przeszłość. No tak, wczorajszy dzień. Kiedy to było???
Tylko przez takie sytuacje, ja coraz rzadziej czuję, że mam oparcie w domownikach. Jest super. Znowu jestem wspaniała. Tylko, że coraz częściej słyszę cichy głosik: "Zaraz i tak spieprzysz wszystko. Starasz się za mało. Daj sobie wejść na głowę, a wszystko będzie OK Nie możesz być sobą, bo twojego prawdziwego Ja nikt nie chce." A tak mam kilku wspaniałych przyjaciół, którzy akceptują mnie taką jaką jestem. Tylko nie powinno być tak, że to rodzina powinna mnie tak traktować? Przecież cię tak traktują, tylko rób, mów i myśl to czego sobie życzą, a wszystko będzie dobrze... 

Jeżeli ktoś przeczytał to do końca to najmocniej przepraszam za przynudzanie.

piątek, 26 października 2012

Radosna twórczość artystyczna

Z dietą idzie mi nadzwyczaj dobrze. Wczoraj było 361.5 kcal, a dziś - 441.75 kcal. Zastanawiam się, czy nie zacząć rozpisywać dokładnych bilansów tego co zjadłam. Zazwyczaj podliczam wszystko w ciągu dnia, a wieczorem po prost nie pamiętam, co ile miało kalorii. Jednak nie mogę ćwiczyć. Ostatnio chyba przesadziłam i nawala mi łydka. Gdy chodzę lub po prostu zginam prawą nogę to odczuwam taki dziwny ból, jakby mi ktoś ciągnął mięsień do środka. Mam nadzieję, że za kilka dni wszystko będzie dobrze.
Dzisiaj jestem zbyt zmęczona, żeby napisać lepszego posta. Spanie po 3, 4 godziny dzienne zdecydowanie nie jest dobrym pomysłem. Ale cóż zrobić? Klasa maturalna w najlepszym liceum w powiecie...Wracam do domu po 15, później gotuję sobie jakiś obiad,  następnie śpię jakieś 2 godz. i do nauki. Aż mi wstyd, bo dzisiaj chyba przysnęłam na polskim :(. W każdym razie non stop zamykały mi się oczy, a głowa opadała.  Co do obiadu i posiłków w ogóle to mam luz. Mama się przyzwyczaiła do moich dziwactw związanych z jedzeniem. Zresztą miała czas, bo ja od małego mam jakiś dziwny stosunek do jedzenia.
A o to moje małe 'dzieło':
Stopy chłodne,
Dziewczę głodne.
Zimne dłonie,
pustkę chłonie.
 
Dzisiaj tylko kawa, woda.
Taka to już jej uroda.
Coraz bardziej przeźroczysta,
Chce się znowu poczuć czysta.
 
Dotykając swoich kości 
Nic nie czuje prócz radości.
Taka chuda, trupio blada,
Na kolację jabłko zjada.
 
Ojciec krzyczy, matka krzyczy.
Ona żebra swoje liczy.
 
Ot, to taka rymowanka
Napisana dla kochanka.
Słodziutkiego niczym miód.
Zowie się mój luby głód. 
 
Trzymajcie się ciepło i nie dajcie się kaloriom :*
   



środa, 24 października 2012

Frytki

Zjedzone: 734 kcal
Spalone: 500 kcal 

Dobra, bez owijania w bawełnę. Byłam dzisiaj w McDonaldzie. Średnie frytki: 340kcal, sos słodko-kwaśny: 50 kcal, Cola Zero: 0 kcal, kilkanaście frytek od kumpeli: 100 kcal(?). Jeżeli licznik w moim orbitreku nie kłamie to spaliłam badziewie z  Maka.
Mam wyrzuty sumienia, ale nie takie, żeby nazywać się tłustą świnią czy baleronem. Nie mam pojęcia, czy jest to właściwe podejście. Jednak po powrocie do domu zaraz wzięłam się za ćwiczenia i zjadłam tylko kolację( jogurt naturalny: 69 kcal, 2 kromki pieczywa Sonko: 40 kcal). Wiem, że mogłam trochę dłużej poćwiczyć na orbitreku, ale trzeszczał niemiłosiernie. Miałam ochotę zejść już po 15 minutach, jednak cały czas myślałam o tych przeklętych frytkach i jakoś wytrzymałam te pięćdziesiąt parę minut. Gdy chciałam się poddać to chwytałam za swój tłusty brzuch i motywacja wracała. Więc nie jest tak źle, jak mogłoby być. Poza tym te dodatkowe frytki zostały we mnie wciśnięte prawie siłą. K., czyli jedna z przyjaciółek, które były w supermarkecie ze mną stwierdziła, że jestem chudziutka( taaa, jasne....)  i mam dokończyć za nią frytki. Trzeba będzie popracować nie tylko nad własnym ciałem, ale także nad asertywnością... Btw. babcia kupiła michałki i przyniosła je prosto do mojego pokoju. Ja po prostu ubóstwiam te cukierki!!! Jednak nie zjadłam ani jednego :). Wiem, że to zabrzmi jakbym była psychiczna( pewnie i tak jestem), ale zaraz po wyjściu babci wzięłam je do ręki i każdego po kolei zaczęłam... wąchać. Wtf ? Teraz leżą sobie w szafce i mnie wołają. Za późno, chłopaki... Ja chwilowo(czemu nie na zawsze?) mam wywalone na słodycze. Tak, jestem ponad to. Nie potrzebuję, nie chcę jakiś głupich cukierków. Teraz to w głodzie jestem zakochana...
A zapomniałabym. Dostałam dzisiaj szósteczkę z angielskiego :D. Którąś z kolei zresztą. Jak dla mnie inne przedmioty mogłyby nie istnieć. No, dobra. Wos i francuski to też dla mnie łatwizna. Ale ten przeklęty wf??? To nie moja wina, że w ostatniej klasie liceum nie potrafię serwować górą...


 

wtorek, 23 października 2012

Porażka/sukces

Wczoraj było beznadziejnie. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Obżarstwo plus wymioty zaczynają wchodzić mi w krew. Nie dobrze, beznadziejnie, bezsensu.  

NIGDY NIE PROWOKUJCIE WYMIOTÓW!!
 Spróbujesz raz, drugi, trzeci... dwudziesty. 
Bulimia to zwykła suka.
Naprawdę nie warto się jej nawet przedstawić.
Mia spadaj! To nie ciebie chcę!

Jednak dzisiaj zjadłam tylko/aż 660 kcal. Oczywiście prawie połowa z tego to kalorie z rogalika z nadzieniem toffi. Ale i tak uważam to za mój mały sukces, bo normalnie(?) stwierdziłabym, że nawaliłam i teraz mogę na legalu się nawpierdalać. Już miałam te chipsy w ręce, ale wtedy pomyślałam sobie: ' O nie, nie poddasz się. Nie mam mowy. Jesteś silna, dasz radę. DIETA TRWA CAŁY CZAS A NIE OD JUTRA!'. I co? A to, że teraz mój bilans to 660 kcal, a nie 6660. Jupiii!!! Głupia szóstka, a tak cieszy. Kurczę, właśnie w tym momencie nie mogę przestać się uśmiechać. Uświadomiłam sobie, że naprawdę zrobiłam mały postęp. Tak, tak, tak!!!!! Przecież normalnie zrobiłabym sobie z pięć kanapek z górą żółtego sera i pochłonęła to w ciągu nanosekundy a później skończyłabym ze szczoteczką do zębów w gardle. Niestety, wiadomo po co :(. Pewnie użalałabym się też nad sobą i twierdziłabym, że jaka to nie jestem biedna, skrzywdzona i w ogóle. Jednak to ja wygrałam, nie jedzenie. I'M SO FUCKING PROUD OF MYSELF !!
 Chociaż, gdyby nie rady pewnej osoby, pewnie nie odnalazłabym w sobie siły. Właściwie się nie znamy, ale jeśli to czytasz to:

GRETA, DZIĘKUJĘ :* 

Twój blog, teksty z radami
  oraz 
Twoje podejście do diety
działa na mnie motywująco
i daje kopa do działania.


Uczucie sukcesu, nawet takiego tyciego, smakuje o wiele lepiej, niż cholerna czekolada. 


niedziela, 21 października 2012

Another, ordinary day.

Tak się zastanawiam po co to robię. Dlaczego zanim pozwolę sobie coś zjeść najpierw sprawdzam, czy aby nie jest to zbyt kaloryczne? Po jaką cholerę ważę nawet mleko sojowe?

Ofelia, why????? 
Why do you do this??
Oh, I know. I just don't want to feel like a fucking pig!
But you're not...
Yes, I'm fat!!!
No, you're not...
Yes I'm...
No, you're not...
Yes I'm...
No, you're not...
Yes I'm...
No, you're not...
Oh, maybe I'm not.
XXXXXX
Oh, wait. I've just looked in the mirror...
And fat is all that I can see.

A teraz na poważnie. Dlaczego nie mogę czuć się komfortowo we własnym ciele? Codziennie w szkole, na ulicy, w autobusie widzę dziewczyny grubsze ode mnie. Tylko co z tego, że jestem chudsza? To one noszą ubrania, które ja założę dopiero wtedy, gdy się odtłuszczę. To one jedzą i nie zastanawiają się potem, czy nie lepiej iść i nie skończyć nad kiblem z palcami w gardle. To nie one marnują czas na łażenie po sklepie i dotykanie oraz oglądanie każdego napotkanego produktu. What the hell is wrong with me?! W ogóle przez to całe odchudzanie czuję się taka... pusta i próżna. Ludzie mają prawdziwe problemy. To nie ja śpię na ławce na dworcu. To nie mnie torturują, bo mieszkam w kraju, gdzie wszyscy muszą myśleć tak samo. To nie mnie umiera na rękach najważniejsza osoba na świecie. W czasie, gdy ja liczę kalorie albo zastanawiam się, czy brzuch mi za bardzo nie odstaje to ktoś inny umiera z głodu. Nie dlatego, że miał taką fanaberię i pewnego dnia postanowił: Oh, nabawię się zaburzeń odżywiania. To takie 'cool'! Po prostu miał nieszczęście urodzić się gdzieś, gdzie LUDZIE są wyzyskiwani i dostają miskę ryżu dziennie dla czteroosobowej rodziny, bo jakiś człowiek(???) musi sobie kupić prywatny odrzutowiec. A ja co? Dla mnie dramatem są odstające boczki. Nie no, po prostu świetnie!! Nie dość, że gruba to jeszcze pusta.....
Dobra skończ się nad sobą użalać. Nie masz pięciu lat.

Przepraszam, ale ta notka nie miała tak wyglądać. Teraz jednak czuję się... oczyszczona(??). Nie wiem, jak to lepiej ująć. Wylałam swoje żale na klawiaturę i ogarnął mnie jakiś spokój. I nie mam zamiaru się za to winić. Chociaż jest tyle spraw o których chciałabym napisać, ale zwyczajnie nie wiem w jakie słowa je ubrać.
Bilans:
- płatki owsiane na wodzie - 140 kcal
- jogurt do picia - 90 kcal
- 1,5 wafla ryżowego - 54 kcal
Razem: 284 kcal
Kilka kilogramów mniej i kogoś czeka wymiana połowy garderoby ;)

 

Kolejny początek

Miałam w głowie pomysł na notkę, ale wyparował, gdy tylko moje palce dotknęły klawiatury. A może słowa, które miały się tutaj pojawić zniknęły razem z nadtrawionym jedzeniem w zlewie? Cóż, to tylko moje domysły. Jednak naprawdę mam problem z napisaniem kilku zdań na powitanie. Z resztą nie tylko z tym, jak można wywnioskować z treści bloga. NIE POTRAFIĘ JEŚĆ NORMALNIE. Najpierw jem głodowe porcje, a następnie wpier*** za dwóch(czasem za dziesięciu). I tak od kilku lat. Pod koniec podstawówki coś mi się przestawiło w mózgu i tak już zostało. Dzisiaj znowu chcę bać się jedzenia. Wiem, że tego pożałuję, ale raczej nie ma innego wyjścia. TO znika, a później powraca. Teraz znowu wprowadza się pod moją czaszkę. Z tego powodu postanowiłam założyć bloga. Nigdy nie prowadziłam żadnego i mam nadzieję, że nie będę w tym tak beznadziejna, jak w odchudzaniu.

 Było, minęło...
Wróciło?
558, 472, 430, 707, 465, 372, 463, 350, 354, 588, XXXX, 73, 480, 296, 497, 513, XXXX, 623, 412, 500, 440, XXXX, 294, 552, 564, 334, 514, 543, 397, 566, 665, XXXX, 470 kcal.

To powyżej to bilans kaloryczny sprzed jakiegoś miesiąca. Później, aż do dzisiaj(właściwie do wczoraj) były same XXXX, czyli oznaki mojej słabej woli i zwycięstwa kalorii. Jednak w końcu to ja wygram. A nagrodą będzie chudziutkie ciało z bladą, prawie przeźroczystą skórą i wystającymi kośćmi. Umysł pozostanie ten sam, ale w niego i tak raczej nikt się nie zagłębia... niestety. A może stety?